Gdzie kondor z nagłym krzykiem ...

Chilijski urzędnik służby granicznej przygląda się nam z zakłopotaniem. Bezradnie kartkuje paszporty, nie bardzo wiedząc, co z nami zrobić. Argentyńsko-chilijskie przejście graniczne Paso Leon służy miejscowym gauchom, turyści pojawiają się tu rzadko, a Polaków nikt nie pamięta - może powinniśmy na przykład mieć wizy albo jakieś dodatkowe dokumenty? Po chwili wahania urzędnik wbija nam w paszporty pieczątki i uśmiecha się życzliwie. Za tydzień okaże się, że powinien był wypełnić i podstemplować cały zestaw dokumentów, potrzebnych potem przy opuszczaniu Chile, co zaoszczędziłoby nam sporo stresu w powrotnej drodze. Ale o powrotnej drodze nikt teraz nie myśli. Zanim to nastąpi, czeka nas wyczerpująca podróż konno przez Andy. Tymczasem dzisiaj jest już nasz szósty dzień w siodle.

Konną wędrówkę rozpoczęliśmy w argentyńskiej Patagonii,

w niewielkiej wiosce Cuyin Manzano, składającej się z kilkunastu małych domków rozsianych wzdłuż górskiej rzeki. Tam spotkaliśmy nasze konie, o wdzięcznie brzmiących imionach: Chiquitita, Malapata, Nono i Mariano. Tam poznaliśmy naszego pierwszego przewodnika, Pabla.

Pablo jest typowym gaucho, który na co dzień zajmuje się hodowlą koni i bydła oraz polowaniem. Cała powierzchowność Pabla jest jak z ilustracji: sprana drelichowa koszula, skórzane jeździeckie czapsy, kapelusz, na plecach za pasem zatknięty długi nóż zrobiony z wojskowego bagnetu oprawionego w rękojeść z jeleniego rogu. Do tego podkręcony wąs, czarne brwi i szeroki uśmiech. Można by pomyśleć, że to sztuczny wytwór na potrzeby turystów - coś w rodzaju białego misia na Krupówkach - ale wystarczy spojrzeć na resztę mieszkańców wioski lub na gauchów przypadkowo spotkanych gdzieś na trasie, żeby porzucić podobne wątpliwości. Przy swoim wyglądzie twardziela, Pablo ma w sobie delikatność, widoczną w trosce o nas i w dbałości o konie. Nie ujdzie jego uwadze przesunięte od długotrwałego schodzenia w dół siodło, które utrudnia koniowi ruchy uciskając go w łopatki, ani zbyt mocno zaczerwieniona od słońca szyja Pete'a, któremu trzeba przypomnieć o kremie z filtrem. Zna każdy kamień na drodze, pokazuje nam ślady zwierząt, ciekawe rośliny, opowiada miejscowe legendy.

Konie Pabla wychowują się w wysokich górach, gdzie od źrebięcia uczą się stąpać pewnie po stromym, skalistym terenie. Pochodzą od miejscowych górskich koni criollo, a wieloletnia selekcja naturalna sprawiła, że są wyjątkowo silne, wytrzymałe i niewymagające. Żywią się łykowatą trawą i ostem, po skałach skaczą jak kozice, zachowując przez długie lata zdrowe nogi i kopyta. Pablo zaczyna z nimi pracować gdy osiągają wiek 3-3,5 roku i są już odpowiednio rozwinięte i wyćwiczone w bieganiu po górskich stromiznach. Koń jest tu podstawowym środkiem transportu, jak rower na polskiej wsi. Im bardziej wytrzymały i mniej wymagający, tym lepiej. Używa się go na co dzień, nie tylko do wyjazdów w góry: widok mężczyzny na koniu z przytroczonym do pokrytego baranią skórą siodła lassem, jadącego rano po paczkę papierosów do małego sklepiku oddalonego o 300 metrów, to ciągle jeszcze codzienność, która w Patagonii nie dziwi nikogo prócz turystów.

Konie zostały nam przydzielone i mogliśmy spakować nasze rzeczy w juki przytroczone do siodeł. Zmieściło się tylko to, co naprawdę niezbędne: śpiwory, ciepłe polary, kurtki przeciwdeszczowe, krem z silnym filtrem UV - pogoda w Patagonii jest nieprzewidywalna. Wyruszyliśmy w sześć osób: do mnie i Andrzeja dołączyła przypadkowa angielska para - również z Londynu - Nida i Pete. Pozostałą dwójkę stanowili przewodnicy: Pablo i nasza argentyńska opiekunka Marisa, spełniająca jednocześnie rolę tłumacza z hiszpańskiego na angielski. Szybko wyszło na jaw, że angielski Marisy ma bardzo ograniczony zakres i często nasze rozmowy przypominały dialogi z Manuelem z serialu 'Hotel Zacisze'. Marisa miała prostą zasadę: kiedy nie rozumiała zadanego jej pytania, odpowiadała z reguły: 'Si, no problem!', nie mając pojęcia czego dotyczy rozmowa:

'Marisa, gdzie dziś nocujemy'? - 'Si, no problem!'.

Zaczęliśmy sie wspinać w górę, z początku w suchym, rosohatym lesie, mijając skromne gospodarstwa, domy sklecone z krzywych desek, z dziećmi przylepionymi do płotów i obserwującymi nas bacznie, bo obcy w tej dolinie to ciągle jeszcze rzadkie zjawisko. Wkrótce wyjechaliśmy z lasu, spotykając już tylko pasące się na stokach gór krowy lub konie. Przez cztery dni wędrowania w okolicach Cuyin Manzano poza wsią spotkaliśmy tylko jednego człowieka - samotnego gaucho, który wyjechał w góry na polowanie.

Byliśmy sami.

Nasz pierwszy nocleg wypadł na wysokości 1500 mnpm, w pasterskiej kolibie - zbitej z desek szopie, w której na prowizorycznych pryczach mogły spać 4 osoby. Nasi przewodnicy, jak przystało na prawdziwych gauchów, spali na zewnątrz, wymościwszy sobie posłania owczymi skórami zdjętymi z siodeł. Na kolację zjedliśmy połówkę koźlęcia, którą Marisa wiozła przez cały dzień przytroczoną do siodła, a którą Pablo upiekł potem przy ognisku w typowy argentyński sposób - nadzianą na kij wbity w ziemię pod kątem do ogniska. Jedyna przyprawa, jakiej używają gauchowie, to sól, ale mięso smakowało wybornie. Grzaliśmy się przy ogniu, bo noce w górach są zimne - mimo że za dnia doskwierał nam upał, po zmroku temperatura spadła do kilku stopni. Wokół zalegała cisza, przerywana tylko parskaniem koni lub krótkimi szczeknięciami któregoś z psów, nad nami niebo upstrzone milionami gwiazd - zamiast Gwiazdy Polarnej świecił nam Krzyż Południa.

W nocy nękał nas chłód. Ubraliśmy się we wszystko, co mieliśmy ze sobą, ale i tak przemarzliśmy nad ranem. Nikt nie chciał wyściubić nosa ze śpiwora. Tymczasem po wyjściu z koliby okazało się, że na zewnątrz było dużo cieplej niż w chacie - słońce ogrzało świat momentalnie, gdy tylko wyłoniło się zza gór. Pablo przywitał nas, rozpalając ognisko, żeby zagotować wodę na kawę, herbatę lub mate - rodzaj tradycyjnej argentyńskiej herbaty ziołowej. Jeszcze tylko mycie w lodowatym strumyku i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Kolejne 3 dni wyglądały podobnie, zmieniały się tylko krajobrazy. Wspinaliśmy się na koniach wysoko na szczyty gór, schodziliśmy stromymi ścieżkami w doliny. Mieliśmy bezgraniczne zaufanie do naszych koni, one same najlepiej potrafiły ocenić, gdzie postawić nogę, żeby nie obsunąć się wraz z lawiną zwietrzałych kamieni. Piach i pył wciskał się wszędzie, niesiony wiatrem. Wkrótce pokrył nas grubą warstwą i wszystkie ubrania mieliśmy w jednakowym, beżowym kolorze. Pył zgrzytał w zębach, łzawiły oczy, puchły wysuszone twarze. Ślady codziennej wędrówki zmywaliśmy wieczorami w górskich potokach.

Czwartego dnia rano wyjechali nasi towarzysze podróży - Nida i Pete. Zostaliśmy tylko we dwoje. Wspięliśmy się konno na wysokość prawie 2200 mnpm. Krajobraz był iście księżycowy - skalisty, pozbawiony roślin i wody. Nad nami wisiało już tylko niebo i szybujące kondory, pod nami jeziora, rzeki i doliny. To było nasze pożegnanie z Pablem i jego końmi.

Następnego dnia, po kupieniu żywności na dalszą część trasy, rozpoczęliśmy właściwą przeprawę do Chile. Nowe konie czekały na nas w dolinie rzeki Manso, skąd wyruszyliśmy w stronę granicy. Kilka godzin jazdy, potem wesoły wieczór przy ognisku z przypadkowo spotkanymi ludźmi podróżującymi dookoła świata i nocleg w drewnianej chacie. Kolejny dzień był dużo cięższy. Do granicy droga była łatwa, ale długa i nużąca, godziny w siodle wlokły się, po dojechaniu na miejsce z ulgą zeskoczyliśmy z koni, uświadamiając sobie w tym momencie, że to dopiero połowa dnia, że zaraz zmieniamy konie i ruszamy dalej.

Granica między Argentyną i Chile.

Tu właśnie czekał na nas nowy przewodnik, Carloncho, wraz z synem, kompletem koni i dwoma jucznymi mułami. Nasze pakunki, których główną część stanowiła żywność na następne 5 dni, załadowaliśmy na muła. Drugi muł obarczony został zakupami Carloncha. Nie wiedzieliśmy wtedy jeszcze, że najbliższy sklep, w którym Carloncho może zrobić zakupy, znajduje się w Argentynie, więc wyjazd na granicę po turystów był dla niego okazją do uzupełnienia domowych zapasów wszystkiego tego, czego nie da się wyprodukować samemu na farmie. Nasze nowe wierzchowce okazały się małymi górskimi konikami, przypominającymi polskie hucułki. Andrzejowi przypadła najniższa w grupie klaczka o imieniu Vanidosa, ja dostałam najmłodszego, siedmioletniego Lucero.

Kamienista droga skończyła się po argentyńskiej stronie, dalej wiodła już tylko wąska ścieżka przez góry. Po wiszącym na linach chybotliwym mosteczku przejechaliśmy na drugi brzeg Rio Manso i za chwilę wylądowaliśmy na leśnej polanie, w skromnej służbówce chilijskiej straży granicznej - tam właśnie powodując zakłopotanie urzędnika.

Tymczasem z podstemplowanymi paszportami i najlepszymi życzeniami na drogę opuszczamy posterunek i ruszamy dalej. Po wjechaniu do lasu zaczynamy coraz wyraźniej odczuwać zmianę klimatu. Andy dzielą Patagonię z północy na południe na dwie części i podział ten pokrywa się z granicą administracyjną między Chile i Argentyną, przebiegającą po szczytach głównego grzbietu Andów, zwanego Cordillerą. Ale jest to również podział na dwa typy klimatu: morski i kontynentalny. Rozpędzony nad Pacyfikiem wiatr uderza w stoki Andów i zrzuca nagromadzoną nad oceanem wilgoć w postaci ulewnych deszczów po chilijskiej stronie gór. Przekraczając Andy wieje dalej równie silny, ale już pozbawiony wilgoci, pozostawiając argentyńską część Patagonii w formie suchego stepu. 30 kilometrów odległości pomiędzy argentyńskim miastem Bariloche a chilijskim Puerto Varas oznacza totalną zmianę pogody, inny krajobraz, zupełnie inną roślinność.

Już dawno zniknęły charakterystyczne suche krzaki, coraz więcej na naszej trasie paproci z liśćmi wielkimi jak wrota, wysokich na kilka metrów bambusowatych traw, zupełnie innych kwiatów. Im dłużej jedziemy, tym różnice stają się bardziej widoczne. W powietrzu czuć wilgoć, jest duszno, zaczyna robić się parno. Las pełen jest głosów ptaków i omszałej zieleni.

Droga robi się coraz cięższa.

Wąska ścieżka przebiega piaszczystymi rowami głębokimi czasem na kilka metrów a szerokimi na szerokość konia z jeźdźcem. Szorujemy kolanami i butami po pionowych ścianach. Bywa stromo, co chwilę jedziemy ostro w dół lub do góry. Podłoże jest mokre, mimo że nie padało od 10 dni. Podczas ulewnego deszczu ścieżka staje się nieprzejezdna - płyną nią kaskady wody. Przekraczamy kilka potoków po prowizorycznych drewnianych kładkach albo w bród.

Carloncho prowadzi pochód, na końcu jedzie mały Jose, który pilnuje porządku całej karawany, a głównie tego, żeby muły nie ociągały się i nie zaczynały jeść zamiast dziarsko maszerować naprzód. Jose ma 12 lat i jest bardzo dumny z tego, że zaczął pomagać ojcu jako gaucho i przewodnik. To oznacza, że stał się prawdziwym mężczyzną, pomaganie matce w gospodarstwie zostało dla młodszego brata. Jose bardzo się stara, chce być pomocny we wszystkim, przy każdym wsiadaniu na konie przytrzymuje nam strzemiona, wszystko sprawdza i poprawia, chce się pokazać od najlepszej strony - jaki jest dorosly, jak zna się na swojej robocie, i wreszcie - jak świetnie jeździ konno. Jose pracuje ciężko, nigdy nie narzeka i we wszystkim słucha ojca, który jest dla niego alfą, omegą i wzorem do naśladowania. Carloncho zaś jest dumny z syna - wie, że może na Josem polegać.

Carloncho popędza nas - do zmierzchu niedaleko, a w lesie słychać pumę. Co prawda jesteśmy dla niej zbyt dużym łupem, ale nikomu nie zależy na bezpośrednim spotkaniu. Dojeżdżamy do miejsca naszego biwaku: malowniczo położona nad rzeką polana, z drewnianymi ławami i prowizorycznym stołem przy ognisku. Gauchowie sami urządzili to miejsce, biwakują tu zarówno z turystami, których przeprowadzają przez góry, jak i sami, kiedy jadą konno do granicy - na przykład odwieźć dzieci do szkoły. Chilijska szkoła na granicy w Paso Leon ma sześciu uczniów, wszystkich pochodzących z kilku farm położonych głęboko w górach. Dzieci jadą do szkoły przez dwa dni konno, zostają tam na cały rok szkolny, wracając do domu tylko na zimowe ferie i na wakacje. Szkoła jest biedna - stary komputer będący na jej wyposażeniu od dawna jest nieczynny, nie ma zabawek, nawet piłki do gry są dziurawe i nie da się z nich korzystać. Jedyny nauczyciel nie przejmuje się za bardzo swoją rolą i często znika na dłuższe okresy czasu. Ale teraz są letnie wakacje, dzieci wróciły do domów, więc mały Jose może pomagać ojcu.

Rozbijamy nasz namiocik i rozpalamy ognisko. Myjemy się w rzece, jemy ciepłą kolację - pieczoną na ognisku kiełbasę, popijaną argentyńskim winem. Zasypiamy - my w namiocie, gauchowie pod gołym niebem - a towarzyszący nam pies, Pionero, stanowi system wczesnego ostrzegania, w razie gdyby jakieś dzikie zwierzę próbowało się zakraść do obozowiska. Ludzie się nie zakradną, bo nikogo tutaj nie ma. Konie i muły mają całą noc, żeby najeść się soczystej trawy i uzupełnić siły na następny dzień.

Po śniadaniu i po mate Carloncho zabiera nas na króciutką pieszą wycieczkę, żeby pokazać nam naskalne rysunki żyjących tu kiedyś Indian. Wspinamy się stromo pod górę, gdy nieomal spod naszych nóg zrywa się kondor. Znalazł trupa cielaka, którego zabiła puma, i właśnie przerwaliśmy mu posiłek. Bydło i owce z okolicznych farm często padają ofiarą pum, pasąc się na górskich polanach. Trup wygląda świeżo, wokół ślady pazurów - czyżby to wczorajsze polowanie?

Po południu dojeżdżamy do małej farmy

położonej na brzegu jeziora, gdzie zatrzymujemy się na odpoczynek i posiłek. Gospodarze zapraszają nas do domu, przyjmują jak rodzinę. Nie mówimy po hiszpańsku a oni w żadnym innym języku, a czujemy się tam cudownie, śmiejąc się i jedząc wspólnie obiad. Dom jest bardzo skromny, wygląda jak ze skansenu w Sanoku, zaskakuje nas informacja że wybudowano go 40, a nie 200 lat temu. Cały drewniany, z małymi okienkami, bez prądu, gazu, wody, toalety, z ogrzewaną tylko kuchnią - za pomocą pieca opalanego drewnem. Odpocząwszy nieco, z żalem odjeżdżamy, aby wieczorem dotrzeć na drugi brzeg jeziora, do domu Carloncha.

Wydawać by się to mogło nieprawdopodobne, ale dom Carloncha jest jeszcze skromniejszy. Od wewnątrz wybity ceratą i dyktą, aby porywiste patagońskie wiatry nie przewiewały go na wylot przez szpary w krzywych deskach. Wybudować drewniany dom bez elektrycznych narzędzi nie jest trudno, kiedy ma się gotowy materiał - deski i belki, ale jeśli trzeba je wyciąć ręcznie lub piłą spalinową z pni drzew przytarganych z lasu... sprawa nie wygląda już tak różowo. Każda deska, każdy gont musiał być zrobiony na miejscu - przecież nie prowadzi tutaj żadna droga dojazdowa, a nie da się przytransportować drewna na budowę domu na grzbiecie muła! Z powodów praktycznych okienka w domach są niewielkie, z małymi szybkami. Jedyny piec w kuchni, woda w pobliskim strumieniu, wieczorem na stole naftowa (lub gazowa - tu też sięga postęp!) lampa. Tylko widok królewski: leżące w dole jezioro, okolone lesistymi wzgórzami... Ale jeśli komuś z mieszkańców tej pięknej doliny przytrafi się gwałtowna choroba, wypadek lub inne nieszczęście, to dwa dni konnej jazdy dzielą go od najbliższego telefonu, radiostacji, drogi dojazdowej lub lądowiska helikopterów. Nawet komórki nie mają tu zasięgu.

Carloncho zbudował ten dom 17 lat temu, kiedy ożenił się z 16-letnią wówczas Margaritą. Wychowali tu czwórkę synów i są naprawdę szczęśliwą, kochającą się rodziną. Aby urodzić synów, Margarita jechała odpowiednio wcześniej do szpitala, ale Jose się pospieszył z przyjściem na świat. W dziewiątym miesiącu ciąży Margarita pokonała na koniu ciężki szlak na przejście graniczne w Paso Leon, wiedząc że poród może rozpocząć się w każdej chwili. Stamtąd zdążył zabrać ją do szpitala helikopter. Może dlatego Jose jeździ konno tak jakby urodził się w siodle.

Rozbijamy namiot na pastwisku dla młodych cieląt, które obserwują nas bacznie z bezpiecznej odległości. Poznajemy żonę gospodarza, Margaritę, i młodszego brata Josego, 10-letniego Juana. Carloncho i Jose umyci, przebrani w czyste ubrania dołączają do nas przy ognisku. Dzieci nie odstępują nas na krok, zwracają się do nas 'ciociu' i 'wujku'. Najbardziej zafascynowane są aparatem cyfrowym, a właściwie tym, że zrobione zdjęcie można obejrzeć od razu na wyświetlaczu. Robią wszystko, żeby pstryknąć im fotkę. Do późnej nocy siedzimy przy kolacji, my opowiadamy o naszych koniach, Carloncho o nowym domu, który zaczął budować - Marisa wychodzi z siebie, żeby to wszystko przetłumaczyć.

Następnego dnia pogoda odpowiada standardowym wyobrażeniom o Patagonii - wieje silny porywisty wiatr i co chwilę pada deszcz. Spędzamy dzień na farmie - koniom przyda się odpoczynek, przed nami najtrudniejsze dwa dni drogi. Wszystko musi być perfekcyjnie przygotowane, na tym odcinku nie ma miejsca na niepotrzebne ryzyko. Wszytkie konie dostają nowe podkowy. Carloncho zabija jagnię, które będziemy jeść na następne dwa obiady w górach. Margarita piecze chleby, które zabierzemy ze sobą. Tymczasem Jose i Juan oprowadzają nas po gospodarstwie, z dumą prezentując swoje zwierzęta - psy, cielaki, nowego źrebaka. Pokazują swoje własnoręcznie wykonane wędki - stare puszki po konserwach, z okręconą wokół żyłką. Poza tym dzieci nie mają właściwie zabawek. Z oczywistych przyczyn nie mają również komputera ani telewizora. Jedyny kontakt ze światem stanowi tranzystorowe radyjko, które mało co odbiera tu w dolinie w środku gór. Wystarcza, żeby posłuchać wiadomości lub prognozy pogody. Ale dzieci nigdy się nie nudzą, zawsze potrafią znaleźć sobie zajęcie. Nie marudzą, nie narzekają, cały czas są pogodne i uśmiechnięte. Największą przyjemność czerpią z bycia razem, całą rodziną.

Rodzina Carloncha

wywarła na nas wielkie wrażenie. Są kolejnym dowodem na to, że szczęście nie musi chodzić tą samą drogą co dostatek. Nie rozpieszczani przez życie, potrafią cieszyć się drobiazgami, szanować się nawzajem, ich pogoda ducha jest zaraźliwa. Więzy rodzinne są tu najważniejsze, a współżycie z sąsiadami opiera się na systemie wyświadczania sobie przysług i udzielania pomocy. Mają w sobie to, co wielu z nas straciło w pogoni za pieniędzmi, dobrami materialnymi, modą... W rodzinie Carloncha spodnie nosi się do momentu, kiedy dają się jeszcze łatać. I nikt się tego nie wstydzi.

Poranek wita nas zmienną pogodą - co chwila pada deszcz, a za moment przez chmury przebija się słońce. Pakujemy bagaże na muła - teraz pojedzie z nami już tylko jeden. Dołącza do nas Margarita i najstarszy syn, 16-letni Victor. Odcinkiem trasy, który czeka nas dzisiaj, od miesiąca nikt nie jechał, a to oznacza że wąska ścieżka zarosła kompletnie i stała się nieprzejezdna. Trzeba będzie maczetami przeciąć drogę, więc liczy się każda para rąk.

Gauchowie zakładają odpowiednie stroje: na nogi czapsy zrobione z owczych futer przywiązanych sznurkami do paska od spodni - świetne zabezpieczenie przed zimnem i deszczem, na grzbiety szare wełniane poncza utkane przez Margaritę, na głowy kapelusze. My też zakładamy wodoodporne czapsy i kurtki i możemy ruszać. Mały Juan zostaje na gospodarstwie, ale ciężko mu się z nami pożegnać, więc 'odprowadza' nas do granicy lasu, wsiadając jako drugi na konia Margarity, za jej siodło. Wypoczęte konie rwą się do galopu, nawet muł zdaje się być bardziej dziarski. Wjeżdżamy do lasu. Pomiędzy omszałymi drzewami biegnie wąska ścieżka, co chwilę prowadząc stromo w górę lub w dół. Roślinność staje się coraz gęstsza, drogę zagradzają zdrewniałe łodygi bambusowatych traw. Wysokie na kilka metrów, są sztywne i twarde - jedyny sposób aby pomiedzy nimi przejechać, to wyciąć sobie drogę. Carloncho, Margarita i Victor co chwilę ostro pracują maczetami. Czasem drogę zagradza nam pień zwalonego drzewa, ale to zawsze można przeskoczyć. Na stromej ścieżce podłoże utworzone jest z błotnistej ziemi, korzeni drzew i głazów - często konie muszą wskoczyć na wysoki próg lub zeskoczyć z niego w dół. Prowadzone na luźnej wodzy, właściwie to one decydują w jaki sposób pokonają przeszkodę - czy małymi ostrożnymi krokami, czy jednym skokiem. Szybko orientujemy się, że są w tym zupełnie nieprzewidywalne - ale to przecież one wiedzą najlepiej - ta trasa to dla nich 'chleb powszedni'. Nasza rola sprowadza się głównie do ułatwiania im zadania - balansowania własnym ciałem przy stromych wjazdach i zjazdach, wskokach i zeskokach. Andrzej określił ten sposób jazdy: 'luźna wodza i trzymać się w siodle'.

Konie dają z siebie wszystko, chociaż pogoda im tylko utrudnia - jest coraz bardziej ślisko, ścieżka pokrywa się grubą warstwą błota, zdradliwie głębokiego w najmniej spodziewanych miejscach. Czasem musimy zsiąść na ziemię, żeby ułatwić im przejście w najtrudniejszych miejscach. Toniemy wtedy po kostki w błotnistej mazi, czasem zapadamy się głębiej. Moje buty, nadwerężone mocno przez ocieranie się o drzewa, krzaki i ściany wąskich piaszczystych wąwozów, kompletnie przemokły. Czuję, jak odklejają się w nich podeszwy, mam zupełnie mokre nogi. Po południu docieramy nad małe jezioro i robimy przerwę na posiłek, mate i odpoczynek. Nie mamy wiele czasu, wkrótce Margarita i Victor będą musieli nas opuścić, żeby zdążyć przed nocą wrócić do domu.

Zmęczeni, zmarznięci, mokrzy i uwalani błotem,

wieczorem dojeżdżamy na niedużą polanę blisko rzeki. Stoi tam stara pasterska koliba, zniszczona już bardzo, dziurawa i od dawna używana tylko przez ptaki, które uwiły sobie gniazda pod jej dachem. Koliby w górach mają prawo budować okoliczni mieszkańcy, wypasający tam zwierzęta. Każdy podróżnik może przenocować jedną noc w kolibie i pozostawić ją dokładnie w takim stanie, w jakim ją zastał. Pod rozłożystymi gałęziami drzew na brzegu polany, chroniącymi od deszczu, rozpalamy ognisko i pieczemy połówkę jagnięcia. Rzucamy się na mięso jak dzikie zwierzęta, kości zjada nasz pies Pionero, nie zostawiając nawet najmniejszej drobinki. Podeszwy moich butów odkleiły się zupełnie - pomogłam im w tym trochę, trzymając nogi blisko ognia, dla ogrzania i wysuszenia. Nie mam żadnych innych na zmianę, bo nasze bagaże są bardzo ograniczone - przywiązuję podeszwy sznurkiem i moje buty wyglądają, jakbym je odebrała Jankowi-Muzykantowi albo innemu biednemu mieszkańcowi dziewiętnastowiecznej pańszczyźnianej wsi. Deszcz nie przestaje siąpić, dziś nawet gauchowie nie palą się do spania pod gołym niebem - wszyscy nocujemy w kolibie. Jeszcze tylko karkołomne mycie w rzece przy świetle czołowej latarki, ale ograniczamy je do niezbędnego minimum.

Chciałabym móc powiedzieć, że nad ranem obudziło mnie natarczywe śpiewanie ptaka, który miał gniazdo pod dachem koliby i zaczął swoj koncert o świcie. Ale nie - jeszcze przed nim obudził mnie chłód. Śpimy ubrani nieomal we wszytko, co mamy ze sobą, nie ma już czego na siebie założyć. Znajduję jeszcze dodatkową parę skarpet, ubieram, ale niewiele pomagają. Od świtu właściwie już tylko nerwowo drzemiemy, usiłując pozwijać się w kłębki, żeby zachować ciepło. To najzimniejsza noc w ciągu całego rajdu, na wzgórzach nad nami spadł świeży śnieg. Natychmiast po wstaniu rozpalamy ognisko, żeby się ogrzać i zagotować herbatę, ale w drogę ruszamy ciągle jeszcze przemarznięci.

Deszczowy las jest mokry, zimny i ciemny.

Do podłoża dociera niewiele światła. Dzisiaj błoto jest jeszcze głębsze, co chwila się zapadamy. Coraz częściej musimy zsiadać ze zmęczonych koni, żeby ułatwić im przejście w najbardziej śliskich miejscach. Na szczęście przestaje padać,a po południu wychodzi słońce, najpierw trochę nieśmiało, w końcu w pełnym majestacie.

Tymczasem to najdłuższy dzień jazdy, zaczynamy być naprawdę zmęczeni, nasze konie również. Pojawiają się pierwsze oznaki zbliżającej się cywilizacji - najpierw spotykamy kilku pieszych turystów, pod wieczór grupę jeźdźców.

Carloncho musi zajechać do mijanego po drodze gospodarstwa, żeby zostawić na kilka dni psa - na czas kiedy po skończeniu rajdu wraz z Josem pojadą razem z nami do Puerto Varas. Mamy poczekać na nich albo jechać powoli drogą, a oni dogonią nas wkrótce. Oczywiście jedziemy, a pochód prowadzi Marisa, która dostała dokładne instrukcje: przed rzeką skręcić w prawo. Skręcamy w coś, co wygląda na używaną ścieżkę i dziarsko idziemy naprzód. Las staje się coraz gęstszy. Podłoże jest bagniste, wkrótce konie Marisy i Andrzeja zapadają się bardzo głęboko, zaczyna to wyglądać niebezpiecznie. Po dalszych 200 metrach staje się jasne, że pomyliliśmy drogę - to nie był właściwy zakręt, należało wybrać następny. Decydujemy się zawrócić. Robiąc kolejny krok, klacz Andrzeja wpada w bagno i nagle zapada się po brzuch. W panice szarpie się, usiłując wydostać się z bagna, w końcu przewraca się na bok razem z Andrzejem, który spada właściwie już na twarde podłoże. Kobyle udaje się złapać grunt pod przednimi nogami i wygramolić z błotnistej mazi, dysząc ciężko. Na szczęście ani Andrzejowi, ani koniowi nic się nie stało, oboje są tylko trochę wyczerpani i poobijani. Wystarczy że Carloncho zostawił nas na kwadrans, a natychmiast wpadliśmy w bagno! Bez niego nigdy nie przejechalibyśmy tej trasy, zgubilibyśmy się bezpowrotnie już na samym początku.

Po przygodzie z bagnem jedziemy jeszcze dwie godziny, zanim udaje nam się znaleźć miejsce na biwak. Przeskakujemy przez zwalone drzewo zagradzające drogę do zielonej polany, gdzie rozkładamy nasze obozowisko. Nie ma tu koliby, dziś znów śpimy w namiocie, a Carloncho, Jose i Marisa pod gołym niebem. Pieczemy drugi kawał jagnięcia, otwieramy ostatnią butelkę wina. Wieczór nie jest zbyt zimny, więc fundujemy sobie dokładne mycie w rzece, nieco tylko szczękając zębami. Śpimy jak zabici, a rano świat ukazuje się nam baśniowo: czyste błękitne niebo, zieleń spowita w delikatną koronkę rosy rozświetloną złotym światłem słońca, drzemiące spokojnie na polanie konie. Wyruszamy w drogę.

Po dwóch godzinach przejeżdżamy przez dziurawy drewniany mostek przewieszony nad dość szeroką rzeką. Za mostkiem stoi zaparkowany samochód - tu zaczyna się wąska, szutrowa droga prowadząca do wioski Cochamo i dalej w stronę cywilizacji.

Skręcamy do najbliższej chałupy, zsiadamy z koni, witamy się z gospodarzem. Zdejmujemy sakwy, siodła i bagaże - nasze konie dostaną tu 5 dni wypoczynku na pastwisku, zanim ruszą w powrotną drogę - Carloncho odbierze je, wracając z Puerto Varas. Patrzymy za nimi, jak uwolnione od ekwipunku i jeźdźców wbiegają na zieloną łąkę i... trochę nam żal, że już dojechaliśmy na miejsce.

Carloncho powiedział nam, że za kilka lat zostanie zbudowany brakujący odcinek drogi, łączący Cochamo z Paso Leon. To dobra perspektywa dla mieszkańców tych gór - ich życie stanie się dużo łatwiejsze. I chyba tylko tacy jak my z sentymentem będą wspominać czasy, kiedy do pokonania Cordillery potrzeba było dobrego konia i pełnych czterech dni w siodle.

Agnieszka Wójkowska, marzec 2007